Edukacja oparta na AI – czyli kto tu właściwie kogo uczy?

Sztuczna inteligencja już nie puka do drzwi szkoły — ona dawno siedzi w klasie, udając, że jest tylko „pomocą dydaktyczną”. Tymczasem po cichu uczy, analizuje i… czasem wie o uczniach więcej niż wychowawca. AI w edukacji to nie science fiction, tylko poniedziałek rano w Finlandii, Estonii czy Korei Południowej.

W Helsinkach systemy sztucznej inteligencji dostosowują tempo nauki do ucznia: jeśli ktoś szybciej chwyta matematykę, algorytm nie każe mu czekać na resztę klasy. W tym czasie pomaga innym, którzy potrzebują więcej przykładów czy filmów wyjaśniających. Nauczyciel? Nadal potrzebny – tylko teraz zamiast żonglować kredą i dziennikiem, żongluje danymi o postępach uczniów.

W Chinach AI idzie o krok dalej – kamery analizują mimikę twarzy, by sprawdzić, kto się nudzi. Brzmi jak koszmar ucznia i mokry sen pedagoga z obsesją na punkcie „aktywności na lekcji”. W Singapurze algorytmy pomagają w sprawdzaniu wypracowań, oceniając nie tylko poprawność, ale też logikę argumentacji. W Izraelu powstają chatboty, które pełnią rolę „mentora” – ucznia można zapytać o wszystko, a on, zamiast ściągi, dostaje sensowne podpowiedzi.

Brzmi pięknie, prawda? Tylko że sztuczna inteligencja nie zastąpi intuicji nauczyciela, który widzi, że ktoś ma gorszy dzień. Nie wyczuje ironii, nie odczyta smutku z półuśmiechu, nie doceni żartu w wypracowaniu. Dlatego przyszłość szkoły to nie AI zamiast ludzi, ale AI z ludźmi. Nauczyciel zyskuje supermoce — ale musi nauczyć się z nich korzystać.

A w Polsce? My dopiero uczymy się ufać nowym technologiom. Ale jeśli zamiast strachu postawimy na mądre korzystanie z narzędzi – ChatGPT nie będzie wrogiem szkoły, tylko jej wsparciem. Bo AI nie jest problemem. Problemem jest to, gdy przestajemy się uczyć – a ono uczy się dalej.

A jak to wygląda w Polsce?

U nas sztuczna inteligencja w szkołach to jeszcze nie codzienność, raczej ciekawostka z konferencji albo temat na szkolenie z dopiskiem „inspiracje”. Ale coś się zmienia. Coraz więcej nauczycieli zaczyna traktować AI nie jak wroga, tylko jak sprytnego asystenta. Na przykład podczas lekcji języka polskiego uczniowie z pomocą ChatGPT piszą alternatywne zakończenia „Lalki”, a potem wspólnie analizują, co w nich jest błędne i dlaczego. W matematyce – AI tłumaczy kolejne kroki rozwiązania zadania, nie podając gotowej odpowiedzi.

Niektóre szkoły eksperymentują z platformami, które śledzą postępy ucznia i proponują mu indywidualne ścieżki nauki. Brzmi jak luksus? Na razie tak, bo większość placówek wciąż zmaga się z tym, żeby działało Wi-Fi i rzutnik. Ale tam, gdzie już udało się połączyć technologię z sensownym pomysłem dydaktycznym, efekty są naprawdę obiecujące.

Największym wyzwaniem nie jest jednak brak sprzętu, tylko zmiana myślenia. AI wymaga zaufania i odwagi – zarówno ze strony nauczycieli, jak i dyrektorów. Bo łatwiej jest zakazać korzystania z ChatGPT niż nauczyć, jak z niego korzystać mądrze. Tylko że zakazy nigdy nie wygrają z ciekawością ucznia.

Może więc zamiast udawać, że AI to chwilowa moda, powinniśmy potraktować je jak nowy język edukacji – taki, którego wszyscy musimy się nauczyć. A jeśli przy okazji dzięki temu szkoła stanie się trochę bardziej ciekawa i mniej papierowa – to może właśnie w tym tkwi największa szansa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *